Szokujące kulisy nocnego horroru we Wrocławiu! Choć Grand Prix Polski wygrał Bartosz Zmarzlik, przed zawodami wybuchł potężny skandal. Jan Kvech przerywa milczenie i ujawnia prawdę o rzekomym buncie zawodników.
To był jeden z najdłuższych, najbardziej dramatycznych i pełnych napięcia wieczorów w historii cyklu FIM Speedway Grand Prix. Choć Grand Prix Polski we Wrocławiu ostatecznie zakończyło się wielkim triumfem Bartosza Zmarzlika, który po pasjonującym finale o północy odzyskał złoty plastron lidera mistrzostw świata, to wydarzenia poprzedzające pierwszy bieg wywołały gigantyczne kontrowersje. Potężna ulewa, która przeszła nad Stadionem Olimpijskim, zamieniła parking maszyn w rozlewisko. W kuluarach natychmiast zaczęło huczeć od plotek o buncie zawodników, którzy rzekomo kategorycznie odmawiali wyjazdu na tor.
Zupełnie inny, surowy obraz tych dramatycznych wydarzeń wyłania się jednak z rozmowy z rewelacją turnieju, Janem Kvěchem. Czech, który jako jedyny od początku stał w boksie w pełnym kewlarze gotowy do walki, wprost opowiedział o kulisach twardych i nerwowych negocjacji z organizatorami mistrzostw.
– To nie tak, że nie chcieliśmy jechać. Chcieliśmy, ale zależało nam na bezpiecznych i normalnych warunkach. Nie ukrywajmy, parking po prostu pływał w wodzie. W tym wszystkim, co tam mamy, w naszych busach i motocyklach, utopione są potężne pieniądze. Staliśmy przed boksami, deszcz lał się strumieniami na nasz sprzęt, wszystko niszczało, a organizatorzy nagle rzucili hasło, że mamy sześć minut do pierwszego wyścigu i musimy ciągnąć motocykle przez tę głęboką wodę. Chcieliśmy tylko, żeby ktoś chwilę poczekał, pozwolił nam schować się pod dach i przygotował bezpieczny tor – zdradza kulisy twardych rozmów Jan Kvěch.
Ostatecznie potężna presja ze strony żużlowców przyniosła oczekiwany skutek. Po długich i intensywnych pracach, chwilę przed godziną 22:00, wrocławskie zawody wreszcie ruszyły z kopyta.
– Wszyscy bardzo dobrze zareagowali i ostatecznie doszliśmy do porozumienia. Dali nam schronienie pod dachem, a tor, który przygotowali po ulewie, był po prostu kapitalny do ścigania i w ogóle się nie rozrywał. Przecież to są Mistrzostwa Świata, nikt z nas ani z kibiców nie chciał, żeby odjechać na siłę szesnaście biegów i zakończyć zawody farsą. Walczymy o najważniejszy tytuł na świecie, więc cieszę się, że organizatorzy poszli po rozum do głowy i udostępnili nam profesjonalne warunki – dodaje czeski żużlowiec.
Dla samego Jana Kvěcha wrocławski turniej był kolejnym twardym dowodem na to, że jego sportowy rozwój zmierza w doskonałym kierunku. Czech, który wskoczył do obsady z powodu kontuzji Daniela Bewleya i Fredrika Lindgrena, od początku imponował piekielną szybkością na dystansie. Po czterech seriach startów miał na swoim koncie osiem punktów, a rundę zasadniczą zakończył z dorobkiem dziewięciu oczek, co dało mu awans do biegów ostatniej szansy. Ostatecznie zajął w zawodach ósme miejsce, odpadając w LCQ1.
– Nad formą pracuję ciężko od jedenastu lat, bo tyle już jeżdżę na żużlu, i stale chcę być lepszym zawodnikiem. Na razie moja dyspozycja jest stabilna, na pewno prezentuję się lepiej niż w poprzednim sezonie, gdy byłem stałym uczestnikiem cyklu. Nie da się jednak ukryć, że po Wrocławiu czuję ogromny niedosyt. Moim celem był wielki finał i zrobię wszystko, żeby w kolejnych turniejach w końcu się do niego wpisać – zapowiada ambitnie Kvěch.
Turniej na Dolnym Śląsku, oprócz szalonej pogody i nieprawdopodobnej dominacji czwartego pola startowego w pierwszej fazie zawodów, przyniósł niestety także dramatyczne wydarzenia zdrowotne. Już w siódmej gonitwie dnia doszło do koszmarnego karambolu, w którym na tor z impetem upadli Kacper Woryna, Jason Doyle oraz Jack Holder. Na owal musiały natychmiast wyjechać dwie karetki pogotowia, a obaj reprezentanci Australii zostali po badaniach uznani za niezdolnych do dalszej jazdy. Jan Kvěch, pytany o stan zdrowia swoich kolegów z toru, stanowczo odciął się od teorii, jakoby za te fatalne wypadki odpowiadała nawierzchnia przygotowana naprędce po ulewie.
– Moim zdaniem to nie przez stan toru doszło do tych upadków. To były typowe incydenty wynikające z twardej, męskiej walki na dystansie. W żużlu czasami po prostu zdarzają się takie bolesne sytuacje, choć nikt z nas nie chce tego oglądać. Życzę chłopakom z całego serca, aby jak najszybciej wrócili do pełnego zdrowia, bo ich strata to wielki cios dla widowiska – podsumowuje reprezentant Czech.
Wrocławski wieczór przejdzie do historii jako horror z happy endem. Mimo gigantycznej ulewy kibice zgromadzeni na Olimpijskim obejrzeli kompletny, dwudziestotrzybiegowy turniej, w którym Bartosz Zmarzlika udowodnił swoją sportową wielkość. Kolejne zawody elitarnego cyklu szybko zweryfikują, czy Jan Kvech przekuje swój sportowy niedosyt w upragniony, historyczny finał.
Jan KvechAby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News
Obserwuj nas!