Janusz Kołodziej zachwycał przez wiele lat w lidze, a w zmaganiach na arenie międzynarodowej nigdy nie uwolnił swojego potencjału. Cegielski wskazuje na cechę, której brakowało kapitanowi Fogo Unii Leszno.
Gala PGE Ekstraligi kończąca sezon 2026 rozpoczęła się od smutnej informacji. Janusz Kołodziej wyszedł na scenę i ogłosił to, czego się spodziewano od jakiegoś czasu, mianowicie zakończył żużlową karierę. Chwilę później wieloletni lider Fogo Unii Leszno od Michała Sikory otrzymał statuetkę Złotego Szczakiela za całokształt dokonań w trakcie swojej przygody z czarnym sportem.
Pomimo walki z kontuzjami w ostatnich latach Kołodziej wciąż potrafił być mocnym punktem „Byków”. W 2026 roku zanotował średnią biegopunktową 1,918, co dało mu miejsce w czołowej piętnastce wśród najskuteczniejszych żużlowców ligi. Przed rokiem był filarem drużyny, która wywalczyła awans do PGE Ekstraligi.
Poniżej możliwości
Janusz Kołodziej osiągnął wiele w swojej karierze, ale zdecydowanie zabrakło większych sukcesów na arenie międzynarodowej. Tam zasłynął tylko ze srebrnego i brązowego medalu cyklu SEC oraz triumfu w Pradze podczas rundy SGP w 2019 roku. Poza tym sezonem stałym uczestnikiem mistrzostw świata był jeszcze w 2011. Jak wspomina jego menadżer Krzysztof Cegielski wtedy w sięgnięciu po lepszy rezultat przeszkodziła mu kontuzja odniesiona w Lesznie na inaugurację.
– To nie jest tak, że Janusz w Grand Prix niczego nie osiągnął, bo jednak wygrał rundę w Pradze, a w 2010 błysnął w zawodach w Lesznie i w Bydgoszczy. Zgadza się jednak, że nie zrobił wyniku na miarę swoich możliwości. Mam pewną teorię z tym związaną. Starty w Grand Prix 2011 zaczęły się od wypadku Janusza z Jarkiem Hampelem. Janusz mocno to odczuł. Ciało miał poobijane, nawet pluł krwią. Wtedy coś się w nim zacięło – przyznał Cegielski na łamach polskizuzel.pl
Drużyna była najważniejsza
Menadżer utytułowanego zawodnika również nie ukrywa, że zawodnik stawiał dużo bardziej na drużynę niż samego siebie. Pokazywał to nie raz także na torze, gdy czekał na swojego kolegę. Otwarty był także do pomocy w parku maszyn, żeby znaleźć odpowiednie ustawienia.
– Poza tym w nim nigdy nie było tej ekscytacji, którą ja czułem, jeżdżąc w Grand Prix. Mnie to sprawiało radość, frajdę, nakręcała mnie rywalizacja na największych stadionach z tymi najlepszymi. Janusz natomiast zawsze był bardziej zespołowy. Dla niego bardziej liczyła się drużyna. Odnajdywał się w lidze, to był jego żywioł – twierdzi.
Cecha której brakowało
Wielkich mistrzów charakteryzuje jazda po wynik indywidualny. Cegielski podaje przykład Maugera, Rickardssona, czy też Zmarzlika, którzy nie patrzą na innych, tylko na siebie. Kołodziej był bardziej zespołowy, przez co tracił właśnie w rywalizacji w Grand Prix.
– To jest powiązane z tym jego nastawieniem na zespół. Jego charakter, to nie jest ten charakter, który mają ci najwięksi, a mam tutaj na myśli 6-krotnych mistrzów. U Ivana Maugera gościłem w Australii. Był już wtedy starszym panem, ale i tak wszystko kręciło się wokół niego, on był najważniejszy. To samo Tony Rickardsson. Ile to razy jeździłem z nim w parze i wychodziliśmy ze startu na 5:1, a on mnie potem wywoził. Ivan Mauger, Tony Rickardsson, ale też nasz Bartek Zmarzlik to są zawodnicy, dla których najważniejszy jest ich wynik. To się liczy. Janusz nigdy taki nie był – uważa Cegielski.
Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News
Obserwuj nas!