Gdańszczanie już rok temu mieli powrócić do rozgrywek Metalkas 2. Ekstraligi. Wtedy na ich drodze stanęła ekipa Polonii Piła. W sezonie 2026 postawiono więc sprawę jasno - tym razem wszystko ma pójść gładko. Tak też się stało. Wybrzeże całkowicie zdominowało rozgrywki.
Większość kibiców znad morza do teraz pamięta emocje i ogromne rozczarowanie z sezonu 2025. Przez całe rozgrywki nie mieli oni sobie równych, wygrywali praktycznie wszystkie spotkania. Ponieśli jedną porażkę w rundzie zasadniczej – w Gnieźnie, gdzie ulegli 43:47. W trakcie sezonu do walki o awans na poważnie wkroczyła jednak ekipa Polonii Piła, która w składzie z Wiktorem Jasińskim i Villadsem Nagelem okazała się czarnym koniem i ujarzmiła faworytów. Najpierw na domowym obiekcie, później na wyjeździe. Szok, rozczarowanie i pytania „jakim cudem” rozbrzmiały na stadionie Zbigniewa Podleckiego. Szybko jednak działacze zabrali się do pracy i nakreślili nową misję – „awans 2026”.
Skład nie powalał
Choć plan na zakończone już rozgrywki był jasny to kibice mogli czuć zaniepokojenie patrząc na dokonywane transfery. Okej, Jacob Thorssell był zdecydowanie zawodnikiem, który może wejść „w buty” Nielsa Kristiana-Iversena. Dalej było już jednak gorzej. W klubie pozostali Tim Sorensen jako drugi lider, Krystian Pieszczek jako Polak, junior – Eryk Kamiński i szykowany na pozycję U-24 Miłosz Wysocki. Kibice słusznie mieli wątpliwości co do wychowanka GKM-u Grudziądz, ale czekali na dalsze transfery. Te jednak również nie powaliły, bo jedynie uzupełniały one kadrę – Casper Henriksson, Niklas Holm Jakobsen, Steven Goret i Mikołaj Krok. W odwodzie pozostawali Jakub Malina i Kacper Warduliński. Żaden z nich nie przyniósł efektu „wow” i wątpliwości rosły. To miała być drużyna na awans?
Orzeł otworzył oczy zarządowi
Były one jeszcze większe po pierwszych sparingach. Gdańszczanie dostali solidne lekcje od H.Skrzydlewska Orła Łódź. Najpierw na wyjeździe ulegli aż 60:27. Liczono, że to wypadek przy pracy, rozprostowywanie kości, dostrajanie sprzętu. Niestety również nad morzem musieli uznać zdecydowaną wyższość rywali. Choć to były jedynie sparingi różnica klas, szczególnie na domowym obiekcie, dała im jasny sygnał, że coś jest nie tak. Słabo prezentowali się krajowi zawodnicy – Wysocki, Pieszczek czy juniorzy – Krok, Warduliński i Kamiński. Młodzieżowcom jeszcze można wybaczyć, ale na Wysockim i Pieszczku ciążyła konieczność zdobywania punktów.
Było jednak światełko w tunelu. W rewanżowym starciu z Orłem jako gość w zespole Wybrzeża pojawił się Timo Lahti. Fin ze szwedzką licencją zdobył 8 punktów w trzech startach. To wystarczyło, niedługo później, przed oficjalną prezentacją drużyny, ogłoszono go jako kolejne wzmocnienie faworyta Krajowej Ligi Żużlowej. Całkowicie zmieniło to postrzeganie ekipy Lecha Kędziory. Posiadano bowiem solidny szkielet zespołu w postaci trójki liderów – Thorssella, Lahtiego i Sorensena. Na tym można było już opierać wyniki drużyny. W takim zestawieniu rozpoczęto sezon, choć nie był to koniec wzmocnień.
Zaczęło się niemrawo
Początek sezonu nie należał jednak do najlepszych w wykonaniu Wybrzeża. Na inaugurację pojechali do Daugavpils, gdzie w dużej mierze kapitalna postawa Kamińskiego i Lahtiego uratowała im remis. Fatalnie z kolei pojechali Wysocki i Pieszczek, którzy do mety przywieźli jedynie dwa punkty. Kolejny test przyszedł w Gnieźnie i tam również padł remis uratowany przez Sorensena i Lahtiego. Wszystko więc opierało się początkowo na szczęściu. Ciężko było mówić o murowanym faworycie do awansu. Szczególnie, że z kadry wypadł Krystian Pieszczek, który po pierwszym meczu w Daugavpils dostał czas do namysłu i przeanalizowania swojej marnej jazdy. Wciąż zawodził też Wysocki a Thorssell nie przypominał lidera mającego zastąpić Iversena.
Humory nieco się poprawiły po premierowej wygranej ze Śląskiem Świętochłowice. Nie można jednak brać tego meczu jako wyznacznika, mowa w końcu o beniaminku, który powrócił do ligowego ścigania po niemal ćwierćwieczu. Więcej informacji miał przynieść wyjazd do Nowej Huty na starcie ze Speedway Kraków, które zakończyło się… kolejnym remisem uratowanym w końcówce. Aż strach pomyśleć co działoby się z Wybrzeżem gdyby nie awaryjny transfer Lahtiego. Brylował od początku rozgrywek a w Nowej Hucie zdobył 15+1 w sześciu startach.
Wejście na właściwe tory, pierwsze wzmocnienie i jedyna porażka w sezonie
Jeśli metaforycznie można by było określić początek sezonu Wybrzeża to przypominałby silnik wymagający solidnego serwisu. Działacze ewidentnie wybrali najlepszego możliwego tunera bo na czterech spotkaniach zakończyła się nienajlepsza passa Wybrzeża. Impulsem była domowa wygrana z Landshut Devils, gdzie w końcu na odpowiednim poziomie pojechał nie tylko Lahti, ale przede wszystkim Thorssell (14), Pieszczek (8+2) a nawet Wysocki (5+2). Problemem pozostawała pozycja drugiego juniora, gdzie ani Mikołaj Krok ani Kacper Warduliński nie potrafili punktować na miarę oczekiwań. Jak się jednak okazało początkowo to nie na tę pozycję Wybrzeże ściągnęło kolejne wzmocnienie.
Określano je jako „straszak na Miłosza Wysockiego”. Mowa o Mateuszu Bartkowiaku, który zanotował nienajlepszy poprzedni sezon w H.Skrzydlewska Orle Łódź. Miał on być zawodnikiem oczekującym, ale w kadrze pojawił się już w kolejnym, wyjazdowym starciu z OK Kolejarzem Opole, choć na tor nie wyjechał. Gdańszczanie wygrali je 50:40 a plan postraszenia Wysockiego zdawał się działać. Zdobył kolejne cenne 5+1, choć głównie na juniorach rywali. Kilka dni po meczu z kolei nieco przetrzebiono kadrę i pożegnano się z Casperem Henrikssonem, który dołączył do Cellfast Wilków Krosno. Szwed i tak ze względu na regulamin miał mocno ograniczone starty i działacze nie chcieli blokować jego rozwoju. To w żaden sposób nie wpływało jednak na siłę rażenia kadry.
W następnej kolejce Wybrzeżu zdarzyła się jednak drobna wpadka. Jedyna porażka w całym sezonie Krajowej Ligi Żużlowej. Na domowym obiekcie, w warunkach skrajnie niesprzyjających, udało się odjechać 8. biegów z OK Kolejarzem Opole. W ostatnim biegu zawodów goście przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść i jako jedyni zdołali pokonać Wybrzeże. Nie ma co się jednak oszukiwać. Głównie dzięki decyzji sędziego o przedwczesnym zakończeniu zawodów. Niemniej było widać, że faworyci w końcu zaczynają jechać na miarę swoich możliwości.
„Korzystanie z okazji” = kadra z prawdziwego zdarzenia
Wybrzeże nie zastanawiało się za długo nad porażką. Takie rzeczy się zdarzają. Zdecydowanie dłużej musieli pomyśleć gdy z powodu kontuzji kręgosłupa z kadry wypadł Kacper Warduliński. Choć nie punktował najlepiej prezentował się okazalej od Mikołaja Kroka co nie wróżyło za dobrze. Na szczęście szybko znaleziono rozwiązanie i to nie byle jakie. Po raz drugi w trakcie sezonu można było mówić o transferze z gatunku tych „wow”. Do Gdańska na wypożyczenie trafił Jan Przanowski, który miał spore problemy z regularną jazdą w Grudziądzu. To rozwiązało problem drugiego młodzieżowca do końca sezonu (i najprawdopodobniej również na przyszły). Jak przyznawał w wywiadzie Mariusz Kędzielski – „po prostu skorzystali z okazji”.
Co ciekawe oba nowe nabytki zadebiutowały w tym samym meczu – na wyjeździe w Landshut, gdzie Wybrzeże wygrało 47:43 i zaliczyło bardzo trudny sprawdzian. Niemcy na swoim obiekcie są bowiem drużyną bardzo niebezpieczną. Z dobrej strony pokazał się tam Bartkowiak – zdobywca 6 punktów. Przanowski z kolei zanotował trudny start, ale i tak przywiózł 2+1. Od tego momentu nie doszło do żadnych zmian kadrowych w zespole. W takim zestawieniu odjechali już całą resztę sezonu i wkrótce udowodnili, że w końcu są ekipą bezapelacyjnych faworytów do awansu.
Gdański walec wskoczył na obroty i wykonał zadanie
Kolejne mecze to już zdecydowany pokaz siły Wybrzeża. Rozgromienie Speedway Kraków nad morzem, gdzie w końcu na miarę oczekiwań pojechał Krystian Pieszczek a Bartkowiak i Przanowski udowodnili, że ich transfery nie były błędem. Później pojechali na trudny teren do Świętochłowic, gdzie beniaminek potrafił zaskoczyć wygrywając chociażby z drużynami Daugavpils i Landshut. Zaskoczenia jednak nie było – Wybrzeże zwyciężyło 49:41. Ostatnie dwa mecze rundy zasadniczej jedynie potwierdziły, że Gdańszczanie „wskoczyli” na odpowiednie obroty. Rozgromienie drugiego z faworytów do awansu – Ultrapur Omega Gniezno w stosunku 62:28 i zakończenie rundy zasadniczej z przytupem wygraną z Lokomotivem 54:36. Ekipa znad morza przystąpiła więc do rundy finałowej jako lider tabeli i największy faworyt do ostatecznego tryumfu.
Do wykonania planu sprzed sezonu zostały im cztery kroki. Pierwsze dwa bardzo gładko wykonali. Najpierw wygrali 55:35 w Opolu, gdzie swoją drogą najlepszy mecz w karierze zanotował Eryk Kamiński. Później niemal powtórzyli ten wynik deklasując Opolan w stosunku 56:34. Można więc śmiało powiedzieć, że po początkowych trudnościach w odpowiednim momencie, i dzięki rozsądnym ruchom, zaczęli prezentować bardzo wysoką formę. Tym samym po pewnym awansie do finału pozostały dwa kroki. Te na których „wyrżnęli się” rok wcześniej. Napięcie było więc bardzo wysokie, szczególnie, że w obu tych spotkaniach pogoda płatała figle.
Najpierw w Landshut w strugach deszczu udało się odjechać 13 biegów. O ściganiu nie mogło być jednak mowy, było to bardziej dojeżdżanie do mety i walka o przetrwanie. Idealnymi przykładami są tutaj Krystian Pieszczek, który raz wyjechał poza krawędź linii jazdy i natychmiast stracił przyczepność oraz Tim Sorensen, któremu motocykl odmówił posłuszeństwa na starcie przez nagromadzoną na torze wodę. Niemniej w fatalnych warunkach udało się im zremisować i tym samym zanotować najlepszy wyjazdowy sezon w historii – bez żadnej porażki. Wszystko miało więc rozstrzygnąć się na gdańskim owalu przy ulicy Zawodników 1. Zanim jednak do tego doszło gdańszczanom nad głowami pojawiły się czarne chmury w postaci kontuzji Tima Sorensena, który niemal nie stracił palców w prawej stopie na przedmeczowym treningu.
Dodatkowo również i tym razem pogoda dawała o sobie znać i zawody zostały przyspieszone w obawie o opady. Niemniej ekipa Wybrzeża nie pozostawiła złudzeń rywalom z Niemiec. Pokonała ich 54:36 stawiając stempel na bardzo dobrym sezonie, który jednak z początku mógł okazać się wielką katastrofą. Na szczęście w porę zarząd zorientował się, że potrzeba wzmocnień. Wzmocnień, które ostatecznie sprawiły, że nie było na nich mocnych. Sprawdził się każdy – Lahti, Przanowski i Bartkowiak. Bez nich o awans mogłoby być bardzo ciężko. Wybrzeże wydostaje się więc z Krajowej Ligi Żużlowej a najlepiej nastroje opisuje komentarz Mariusza Kędzielskiego w kuchni rewanżowego meczu finałowego – „to jest jak wizyta u dentysty. KLŻ to nic przyjemnego. Wychodzisz i czujesz taką ulgę, że naprawił ci ząb i już nie boli”.
Kluczowe aspekty awansu
Warto więc zastanowić się co było kluczowe w przypadku awansu Wybrzeża do Metalkas 2. Ekstraligi. Nalezy tutaj wymienić dwie kluczowe kwestie. Pierwszą był bardzo sprawnie działający zarząd, który szybko podejmował decyzje i nie bał się zainwestować pieniędzy. Dzięki temu jeszcze przed sezonem do klubu dołączył Timo Lahti – trzeci najskuteczniejszy zawodnik ligi, Mateusz Bartkowiak i Jan Przanowski. Dzięki tym ruchom i cierpliwości pod koniec rozgrywek Wybrzeże było poza zasięgiem rywali. Byli po prostu drużyną kompletną. Drugą, równie ważną kwestią, był fakt braku kontuzji u najważniejszych zawodników. Fakt, zdarzały się urazy Wardulińskiego czy Kamińskiego, jednak przez cały sezon właściwie unikano poważnych karamboli. Zdarzył się jeden – Tima Sorensena, jednak nie przyniósł on na szczęście zbyt wiele złego.
Wspominamy o tym dlatego, że rok temu to właśnie kontuzje dały o sobie znać pod koniec sezonu. W rewanżowym meczu w Gdańsku z Polonią Piła na dobrą sprawę bez jakiegokolwiek urazu wystąpił jedynie… Krystian Pieszczek. W tym każdy był zwarty, gotowy i zawzięty aby ten awans wywalczyć. To druga kluczowa kwestia. Wszystko więc ułożyło się ekipie znad morza po jej myśli i mogą świętować udane „wyjście od dentysty”. Teraz czas na trudniejsze zadanie.
Co dalej?
Awans to jedno, ale utrzymanie w rozgrywkach Metalkas 2. Ekstraligi to już zupełnie co innego. Boleśnie przekonali się o tym żużlowcy z Tarnowa czy teraz ci z Piły. Problemem jest sam regulamin, który pozwala negocjować z zawodnikami już w trakcie sezonu. Beniaminkowie, którzy o awansie dowiadują się dopiero pod koniec września, mają związane ręce. Muszą brać z tego co jest, a często ilość zawodników na rynku jest już mocno ograniczona. Zarząd otwarcie mówił, że opierać się będzie na zawodnikach z KLŻ. Najpewniej w zespole zostaną niemal wszyscy zawodnicy. Trzon ma być ten sam – Lahti, Thorssell i Sorensen. Polakiem wciąż ma być prezentujący wysoką formę w drugiej części sezonu Pieszczek. Formację juniorską stanowić będą najpewniej Eryk Kamiński i otrzymujący wolną rękę w poszukiwaniu klubu Jan Przanowski.
Niepewna jest natomiast pozycja drugiego Polaka i zawodnika U-24. Liczono, że uda się przekonać do transferu Jakuba Jamroga, ale on ma pozostać w Rybniku. To pozwoliłoby na ściągnięcie solidnego zagranicznego żużlowca na drugą brakującą pozycję. W klubie trwają gorączkowe prace nad składem, aby uniknąć losów dwóch poprzednich beniaminków. Zadanie wydaje się trudne, ale nie niewykonalne. Wzmocnienia aczkolwiek są potrzebne, w innym przypadku ekipę znad morza znów czeka nieprzyjemna „wizyta u dentysty”, której wszyscy chcą uniknąć jak ognia.
Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News
Obserwuj nas!