Za INNPRO ROW Rybnik dość burzliwy, acz zdecydowanie udany sezon. Jak to jednak zwykle bywa przy Gliwickiej, zdecydowanie nie było miejsca na nudę.
INNPRO ROW Rybnik po spadku z PGE Ekstraligę przeszedł przez prawdziwą rewolucję kadrową. Z żużlowców, którzy ścigali się przy Gliwickiej w sezonie 2025 w klubie pozostali jedynie Jesper Knudsen oraz Kacper Tkocz. Zimą ściągnięto za to jednak starych, dobrych znajomych, którzy w niedalekiej przeszłości ścigali się z „Rekinem” na plastronie na poziomie Metalkas 2. Ekstraligi – Jakuba Jamroga, Patryka Wojdyło oraz Jana Kvecha. Skład seniorski uzupełnił Wiktor Lampart, a kolegą z pary Tkocza w formacji młodzieżowej miał być Paweł Wyczyszczok.
Na papierze więc drużyna spadkowicza nie wyglądała zbyt imponująco, a w opinii publicznej panowało przekonanie, że Rybniczanie będą musieli we wrześniu ratować się przed drugą degradacją z rzędu, choć przeciwnego zdania był prezes Krzysztof Mrozek, który twierdził, że jego drużynę stać na awans do półfinału.
Po pierwszych kolejkach wydawało się, że to jednak eksperci mieli rację – Rybniczanie po pięciu meczach mieli na koncie zaledwie jedno zwycięstwo, ze sporymi problemami pokonując Dakar Development Stal Rzeszów. Szczególnie bolesne natomiast były wysoka porażka w Łodzi oraz domowa przegrana z Hunters PSŻ Poznań. Zespół wówczas zajmował ostatnie miejsce w tabeli, a cały zespół spisywał się poniżej oczekiwań. Jedynym wyjątkiem był kapitalnie spisujący się Jan Kvech, który przez pewien czas był nawet najlepszym zawodnikiem całej ligi.
Transfery odmieniły oblicze zespołu
Już po starcie rozgrywek do klubu dołączył Jakub Żurek, wzmacniając formację juniorską – przynajmniej na moment, bowiem pod koniec kwietnia poważnej kontuzji ręki nabawił się Kacper Tkocz. Młody Leszczynianin być może nie czynił cudów, jednak potrafił dowozić sporo cennych punktów. Po wspomnianym natomiast meczu przeciwko „Skorpionom” na Gliwicką przybył kolejny senior, Nicolai Klindt. Rutynowany Duńczyk miał zastąpić kompletnie zawodzącego u progu sezonu Wiktora Lamparta.
Jak się okazało, był to absolutny strzał w dziesiątkę. 38-latek bowiem z miejsca stał się liderem zespołu obok wspomnianego Kvecha, a „Rekiny” nie tylko wygrały cztery z kolejnych pięciu spotkań, ale w każdym z nich przekraczały 50 punktów. Wyjątkiem było jedynie spotkanie w Bydgoszczy, gdzie ROW przegrał 36-54, jednak można to było nazwać „wkalkulowanym” wynikiem. Co jednak najważniejsze, udało im się nawet odbić punkt bonusowy Łodzianom, nadrabiając z nawiązką szesnastopunktową stratę z Moto Areny. Wypracowali sobie też konkretny zapas nad Cellfast Wilkami Krosno. W kilka tygodni więc Rybniczanie zdołali z dołu tabeli przeistoczyć się w kandydata do fazy play-off, a forma całej drużyny rosła w siłę. Szczególnie mocni byli oni na domowym torze, co znajdywało odzwierciedlenie w średnich biegopunktowych poszczególnych zawodników – niemal wszyscy zawodnicy mieli zdecydowanie wyższe średnie domowe niż wyjazdowe.
Nie wypuścili swojej szansy
Kolejne dwa mecze przyniosły dwie nieznaczne porażki. ROW jednak zdołał wywalczyć niezwykle istotny punkt bonusowy w Rzeszowie, który sprawił, że „Rekiny” w ostatnich dwóch kolejkach potrzebowały wygrać u siebie z Moonfin Magnus Ostrów Wielkopolski oraz zdobyć minimum 36 punktów w Krośnie. Oba te cele udało się nawet z pewną nawiązką – Ostrovia została pokonana różnicą aż dwunastu „oczek”, natomiast z Podkarpacia „Rekiny” wróciły z tarczą, pieczętując trzecią pozycję po rundzie zasadniczej. Gra nadal toczyła się o niemałą stawkę – choć Abramczyk Polonia Bydgoszcz wydawała się być poza zasięgiem, to do wzięcia nadal było miejsce barażowe. Co też bardzo ważne, awans do czołowej czwórki oznaczał też uniknięcie prawdziwych igrzysk śmierci w fazie play-down.
W półfinale ROW mierzył się z ekipą Hunters PSŻ Poznań. Rybniczanie domowy mecz rozpoczęli w znakomitym stylu, przez długi czas prowadząc różnicą około dziesięciu punktów. „Rekinom” jednak uciekła koncówka zmagań, a zwłaszcza liderowi zespołu, Janowi Kvechowi, który przegrał dwa wyścigi 1-5, a cały mecz zakończył się zwycięstwem ROW-u jedynie 48-42. Jak się okazało, była to zbyt mała zaliczka i na Golęcinie podopieczni Piotra Mikołajczaka przegrali 39-51, tym samym kończąc swój udział w Metalkas 2. Ekstralidze na najniższym stopniu podium.
Prawdziwy rollercoaster
Z pewnością dla rybnickich kibiców sezon 2026 był sporą huśtawką nastrojów. Przed sezonem zespół był skazywany na walkę o utrzymanie, jednak po udanych transferach, zespół mocno poprawił swoje notowania, aż w pewnym momencie stał się jednym z faworytów do awansu do finału. Niektórzy fani wręcz wyrażali swoje niezadowolenie i rozczarowanie z faktu odpadnięcia w półfinale. Całościowo jednak biorąc pod uwagę okoliczności, sezon w ich wykonaniu należy uznać za udany. Szczególnie zadowoleni mogą być wspomniani Jan Kvech oraz Nicolai Klindt, którzy pokazali, że mogą być w tej lidze absolutnie kluczowymi zawodnikami. Po raz kolejny swoją solidność na tym poziomie rozgrywkowym pokazał duet Polaków – Jakub Jamróg oraz Patryk Wojdyło.
Co też ważne, wydaje się, że w przyszłym sezonie „Rekiny” będą dysponować podobną siłą rażenia. Co prawda z klubu odchodzi Nicolai Klindt, jednak wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zastąpi go Jaimon Lidsey, a w klubie pozostaną Kvech, Jamróg, Wodjyło. Z takim trzonem ROW powinien ponownie włączyć się do walki o najwyższe cele.
Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News
Obserwuj nas!